A’la maNifest Self-publishingu. I. Mitologia i Apoteoza Pliku

VN:F [1.9.11_1134]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Aspekt natchnie­nia — „Jako motywy decy­du­jące [wciąż] poda­jemy przede wszyst­kim: Drożyzna ogólna: a) środ­ków dru­kar­skich, która czyni ogła­sza­nie dru­kiem rze­czy zbęd­nych nie­wska­za­nym i dla poło­że­nia eko­no­micz­nego pań­stwa wręcz szko­dli­wym; b) dro­ży­zna czasu. Człowiek współ­cze­sny, zajęty jest przez 8 godzin pracą fachową. Pozostałe 4 godziny ma na jedze­nie, zała­twia­nie inte­re­sów życio­wych, sport, roz­rywki, utrzy­my­wa­nie sto­sun­ków towa­rzy­skich, miłość i sztukę. Na samą sztukę przy­pada u prze­cięt­nego czło­wieka współ­cze­snego od 5 do 15 minut dzien­nie. Dlatego sztukę otrzy­my­wać musi w spe­cjal­nie spre­pa­ro­wa­nych przez arty­stów kap­suł­kach, zawczasu oczysz­czoną z wszel­kich zby­tecz­no­ści i podaną mu w for­mie zupeł­nie goto­wej, syn­te­tycz­nej. Dzieło sztuki jest eks­trak­tem. Rozpuszczone w szklance dnia powsze­dniego, powinno ją całą zabar­wiać na swój kolor”.
MANIFEST W SPRAWIE POEZJI FUTURYSTYCZNEJ. Bruno Jasieński, 1921.

I.

Dlaczego arty­sta miałby cze­kać aż odejdą mu wody i efekt jego płod­no­ści wypeł­znie na świa­tło dzienne wrzesz­cząc z prze­ra­że­nia, że nie zdą­żył się do reszty spa­ko­wać przed tą nie­pewną podróżą? Standardem jest wrzu­cać wła­sny płód mię­dzy świeżo naostrzone szpony tych, któ­rzy wła­dają wachla­rzem form i zapew­niają o swej nie­omyl­no­ści, w kwe­stii doboru nor­ma­li­zu­ją­cego inku­ba­tora dla naszego potomka.

Odparowanie, obkur­cza­nie, sub­li­ma­cja, desty­la­cja – takie jako­ściowe prze­mo­de­lo­wa­nie istoty dzie­dzic­twa wielu zdol­nych osob­ni­ków ofe­ruje rze­czony inku­ba­tor. Kto wyobraża sobie ten zakres tor­tur efek­tyw­nie roz­pra­sza­jący więź dziecka z żywym źró­dłem jego ist­nie­nia?  Wszystko w imię wygod­niej­szej kon­sump­cji tej deli­kat­nej egzy­sten­cji. Surogaci, guwer­nantki i och­mi­strzo­wie nie­chaj kon­ty­nu­ują zgi­na­nie orgiami. Nie bez przy­czyny zało­że­nia pla­toń­skiego pań­stwa speł­zły jak wełna na stru­chla­łej owcy. Któż chciałby oddać swą dzia­twę pod opiekę spe­cja­li­stów? Zatracili się oni w odmę­tach prze­szło­ści, nad­wy­rę­żają DNA kunsz­tow­nie pie­lę­gno­wa­nego „dziełcka”, hamu­jąc jego napęcz­nie­nie usi­łu­jące trza­snąć w teraź­niej­szość. DNA wymaga muta­cji — tych pozy­tyw­nych — wykra­cza­ją­cych daleko poza cho­cho­li­łuc­kie aber­ra­cje. Większość muta­cji umyka naszym zmy­słom roz­kła­da­jąc się prze­cią­gle w cza­sie, niby mumia fara­ona, ale są i muta­cje bły­ska­wiczne z rodziny wście­kle jasnych super­no­wych.  Jaśniejący ich roz­błysk obraża per­cep­cję jed­nych, roz­świe­tla­jąc drogę pozo­sta­łym. Najnowocześniejszy gwiezdny błysk roz­ja­śnił nie­bo­skłon milio­nem skrzą­cych się pli­ków, będzie doga­sał jesz­cze jakiś czas, a po nim, rzecz jasna, nastąpi kolejna kosmiczna eks­plo­zja. Jej nisz­czy­ciel­skiej sile pod­da­dzą się dzi­siejsi śmiał­ko­wie. Według wyli­czeń zacze­kamy na to jed­nak kolejne tysiąc lat.

W mię­dzy­cza­sie helisa nowego DNA sztuki wije się nie­ustan­nie wokół naszych gar­deł. Spokojnie pod­du­sza wydaw­ców i pro­du­cen­tów, ukła­da­jąc ściegi zdob­nych szali na szy­jach skwa­pli­wie cią­gną­cych ku górze, w trans­gre­syj­nym akcie roz­ry­wa­nia celu­lo­zo­wej błony prze­szło­ści. Szyje dłu­gie, z defi­ni­cji się­gają wysoko. Dostawszy się na orbitę oko­ło­ziem­ską mają glo­balny, sate­li­tarny wręcz zasięg. Z wyso­ko­ści mogą z żalem ści­gać oczami niż­sze sta­dia ewo­lu­cji, wciąż żeru­jące tuż przy ziemi na mar­two­cie przed­mio­tów mate­rial­nych. Zastój ewo­lu­cyjny spra­wił, iż orga­ni­zmy te potra­fią obsłu­gi­wać jedy­nie bul­do­żer czy­niąc nisz­czy­ciel­skie buch­to­wa­nie wśród tere­nów zie­lo­nych; wdzie­rają się zażar­cie z piłą łań­cu­chową w rześ­kie płuca ŚWIATA.

Na ratu­nek śpie­szy wir­tu­al­ność cza­sów współ­cze­snych. Wzmaga plą­ta­ninę alfa­betu sztuki z upo­rząd­ko­wa­nym cha­osem nie­mych zna­ków mate­ma­tycz­nych. Nareszcie można zejść bez­piecz­nie z drzew i splu­nąć reszt­kami kory prze­żu­wa­nej na papier. Do sztuki won­nej i okry­tej pie­rzem raj­skich pta­ków, należy zatem dodać ten, mający meta­liczny posmak, ciąg cyfro­wych fry­ka­sów, 011001010110, o tajem­ni­czym wyglą­dzie Zebroida. Ale prze­cież każdy patrząc w lustro, bez sta­wia­nia znaku prze­stan­ko­wego pomię­dzy myślami, wystrzeli rap­tow­nie, ocho­czo i z wdzię­kiem – „Ach! Nic nie jest ide­alne?!” – wie­rząc sobie na słowo i sie­jąc tę myśl wśród przyjaciół.

I mimo że wydawcy oraz pro­du­cenci jakoś dadzą sobie radę, to sztuka coraz bar­dziej daje radę bez nich. Co wię­cej, w ete­rze wir­tu­al­no­ści, pusz­czona samo­pas, wybrzmiewa bar­dziej poetycko, two­rzy kon­tra­punkt z muzyką sfer. Odsączona z kurzu i roz­to­czy, her­me­tycz­nie ulo­ko­wana w Pliku, tań­czy na falach radio­wych i podró­żuje metrem świa­tło­wo­dów. Rozżarzone, nie­ga­snące przy­stanki pod­ziem­nej kolejki, roz­lo­ko­wane są gęsto w nie­mal każ­dym domo­stwie; tak kojąco szem­rzą ich wiru­jące twarde dyski, wyzna­cza­jąc swym ryt­mem stały prze­pływ dni u zara­nia nowego wieku. I już nawet krew tysięcy zja­da­czy prze­two­rzo­nej żyw­no­ści tętni w takt tych interwałów.

II.

Wszelkie groźne cho­roby prze­no­szone są w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych przez Boga naczy­niach, na przy­kład – daj Boże siłę — w gołę­biu – jede­na­stej, spóź­nio­nej pla­dze biblij­nej; a także w pozo­sta­łej gamie stwo­rzeń. (Zwierzę zostało przy­wo­łane, aby uka­zać siłę raże­nia wielu ziem­skich zja­wisk. Pomijamy tu cał­ko­wi­cie mityczne zwia­sto­wa­nie nadej­ścia czte­rech gołębi apo­ka­lipsy. Jest to tra­ge­dia zgoła odrębna). Jako i gołąb, tak też zacho­wuje się Plik — nasza Jutrzenka. Z tą róż­nicą, że Plik zajął jed­nak (w końcu) pozy­cję w jed­nym sze­regu z anio­łami. Jest wszech­obecny, wypeł­niony sztuką, prze­ci­śnie się każdą szcze­liną, można go roz­sz­cze­pić, powie­lić jak za dotknię­ciem moj­że­szo­wej różdżki. Dla odmiany, czar­cie zastępy gołębi nie są powie­lane, są naj­pew­niej tele­por­to­wane gdzieś z rów­no­le­głego wszech­świata, jako że pra­wie nigdy nie można zaob­ser­wo­wać pro­cesu ich roz­mna­ża­nia, a tru­chło ich mar­twe zbie­rane jest nocą.

Niegdyś i Gołąb sie­dział w sze­re­gach aniel­skich. Niósł słowo pisane za wody sze­ro­kie do zamczysk, śpiew jego koił dusze paste­rzy, zsy­ła­jąc im sny pach­nące lasem. Jednak ciężka praca czę­sto pro­wa­dzi do zacho­wań rewo­lu­cyj­nych. Zstąpił więc z nie­bio­sów Gołąb, aby już wiecz­nie, sku­pie­nie arty­stów swym gru­cho­ta­niem mefi­sto­fe­lej­skim dewa­sto­wać. A imię jego Lucyvol – po indiań­sku i mniej lub… jesz­cze mniej z łaciny — Frunące Świa­tło. Na znak daw­nego zaan­ga­żo­wa­nia w kol­por­taż twór­czo­ści epi­sto­lar­nej wzdłuż i wszerz krain.

Tak pozna­li­śmy siły Świa­tła i Ciemności.

Oto poprzed­nicy Pliku, nośnika nowej sztuki. Skała, znana jako Ściana Jaskini, córka jej Krew, za nią syn Roślinny Sok. Gliniana Tabliczka, mąż tej — Rylec. Kolejny, a matka jego dała mu imię Płótno, zna­lazł się tu przez przy­pa­dek, ale odna­lazł swe pastwi­sko na cia­łach ludzi i w for­mie odzieży tam pozo­stał. Są to histo­rie bar­dzo dawne. Po nich kró­lo­wał Papirus, był bar­dziej poważny niż jego bra­cia. Córa jego, Trzcina, poszła ku wscho­dowi, zamiesz­kała z Pergaminem i utyła. Ród Tablicy, potom­ko­wie jego: pierw­sza Tablica Drewniana, druga Tablica Metalowa, potem Tablica Kość Słoniowa; nie mieli wiele dzieci i wszyst­kie ich rody nie roz­mno­żyły się tak jak potom­ko­wie Papirusu. To samo spo­tkało Kipu – poszedł do wąwozu po wschod­niej stro­nie doliny i tam znik­nął. Największy z nich był Papier, zna­lazł pastwi­ska obfite i dobre, oko­licę obszerną, spo­kojna i bez­pieczną. I przy­szedł na niego czas. Teraz pro­wa­dzi wojnę z poma­zań­cem, któ­rego imię eInk. Tenże wespół z Plikiem two­rzy struk­turę nowych cza­sów sztuki. Oto two­rzywo nowe, któ­rej jest nam dane albo­wiem tak prze­bie­gła ewo­lu­cja i na tym sku­pić się trzeba.

III.

Półki ugięte od naporu ksią­żek, spo­śród któ­rych wszyst­kie poodw­ra­cane są do ludzi rzy­cią, ciążą ku dołowi. Już tylko mili­me­try dzielą je od domo­wych kapli­czek roze­pcha­nych wychu­dzo­nymi pro­fi­lami płyt winy­lo­wych. Po zde­rze­niu i syner­gii tych zabyt­ko­wych nosi­cieli lite­ra­tury i muzyki, pozo­sta­nie li tylko dewia­cyjne poszu­ki­wa­nie ich poje­dyn­czych egzem­pla­rzy poświad­cza­ją­cych fakt, że prze­szłość rze­czy­wi­ście ist­niała w swej egzo­tycz­nej for­mie. To swo­iste „hau­ture kuture” jest oczy­wi­ście dozwo­lone, a FetishMjuseum w swej cha­łu­pie hodo­wać może każdy.

Odbywa się to mniej wię­cej tak:

Po usta­no­wie­niu uświę­co­nego miej­sca dla domo­wej sfery sacrum, rzu­camy swe ciało na święte sie­dzi­sko, zain­sta­lo­wane dokład­nie na wprost mebli wypeł­nio­nych dewo­cjo­na­liami. Wirusowe roz­anie­le­nie duszy ata­kuje orga­nizm. Oczy powoli wyle­wają się z oczo­do­łów jak żółtka ze sko­rupki jajka, ślina z kąci­ków ust ścią­gana jest przez siły gra­wi­ta­cyjne ku ziemi. W tle pobrzmiewa Twin Peaks Theme, hip­no­tyczna iner­cja wypom­po­wuje mózg wle­wa­jąc na jego miej­sce pro­ste, od wie­ków to samo połą­cze­nie neu­ro­nalne. Identycznie jak kropka w sta­ro­żyt­nej grze video Pong, obija się ono o ścianki kości czasz­ko­wej, podró­żu­jąc już prak­tycz­nie w próżni. Przywołuje słod­kie wspo­mnie­nia – pia­skow­nica, podwór­kowa bryza, my, stado koczu­ją­cych ksią­żek, prze­la­tu­jące gdzieś obok winyle. Wnet coś każe nam pochwy­cić świętą mio­tełkę do kurzu. Za sprawą jej mocy, wol­nym, tro­skli­wym, okręż­nym ruchem pra­wej dłoni wypro­wa­dzamy kurz z ksią­żek w eter, lewą wer­tu­jąc stos grubo kła­dzio­nych winyli. Słowem, zacho­wu­jemy się niby doszczęt­nie roz­bita pani domu wysłana przez misia po piwo. Z zamętu bru­nat­nych bute­lek z rado­ścią wybie­rze puszkę przy­ozdo­bioną frę­dzel­kami i gra­fiką pełną krę­tych, kolo­ro­wych zawi­ja­sów, w nadziei że zaofe­rują misiowi smak raju. Misiu z kolei, wysłany po wik­tu­ały, stoi w klin­czu jak po meczu, pomię­dzy pół­kami z maka­ro­nem typu rurki – Cannolicchi medi a maka­ro­nem typu świ­derki – Fussili. Jego reak­cja będzie rów­nie emo­cjo­nalna: „No kurrwa”.

Szczęśliwie spa­zmy zachwytu, wyra­żane wie­lo­rako, gasną szybko. W prze­ciw­nym wypadku wybu­chłaby epi­de­mia emo­cjo­nal­nego roz­dy­go­ta­nia. Jest jed­nak tak, iż stany hip­no­tyczne skie­ro­wane w prze­szłość rwane są przez życie codzienne, wypeł­nione po brzegi tęczo­wymi tera­baj­tami danych.

Spośród nie­usta­ją­cego wer­to­wa­nia cyfro­wych infor­ma­cji można odsą­czyć aniel­ską stra­ty­fi­ka­cję pli­ków, któ­rych komer­cyjny suk­ces zapew­niły nazwi­ska wybit­nych oso­bi­sto­ści ziem­skiej mito­lo­gii. Rangę archa­nioła zaj­mo­wał od zawsze Plik, w któ­rym Chrystus na bie­żąco zapi­sy­wał swoje Dzienniki. Ze względu na praw­do­po­dobny natu­ra­lizm opi­sów, frag­ment doty­czący zna­jo­mo­ści z Marią Magdaleną był po raz pierw­szy w histo­rii pan­cer­nie chro­niony sys­te­mem DRM. Był chro­niony tak bar­dzo, że nikt nie zdo­łał dotrzeć do tre­ści. Chodzi oczy­wi­ście o PDFa, który według podań został prze­chwy­cony przez nie­znane poza­ziem­skie siły, już po trzech dniach od ogło­sze­nia go dru­kiem. Dlatego nie warto! Gdzieś dalej na nie­biań­skiej liście zagu­bio­nych zapi­sków są nigdy nie­od­na­le­zione Dzieła Zebrane Sokratesa. Jak wieść nie­sie, ten podobno nic nie napi­sał. Wiadomo jedy­nie, że był kotem, czego dowiódł dzięki logice dwu­dzie­sto­wieczny kro­ni­karz absurdu Ionesco, w jed­nym ze swo­ich dra­ma­tów. Według naj­now­szych badań Sokrates zapi­sy­wał się do pliku ePub, a zapi­ski zako­py­wał w kuwe­cie. Miejsce byto­wa­nia kuwety do dziś nie zostało zlo­ka­li­zo­wane przez naj­zna­mie­nit­szych archeologów.

Warto rów­nież przy­to­czyć krótką histo­rię pliku mp3. Pierwszą grupą, na tyle odważną aby roz­po­wszech­niać swoje nagra­nia w tej for­mie był Septet na Trąbę Jerychońską. Swego czasu długo utrzy­my­wali się w czo­łówce Listy Przebojów Babilonu. Na ostat­nim kon­cer­cie biso­wali aż sie­dem razy. Dali takiego czadu, że wszystko runęło. Nikomu nie­znana masoń­ska wer­sja zda­rzeń podaje, że sam Miles Davis jest w posia­da­niu ich jaz­zo­wych remik­sów, bez­czel­nie kopiu­jąc doko­na­nia wir­tu­ozów trąby.

***

Jak zostało uka­zane, nie spo­sób zigno­ro­wać ogrom­nego dzie­dzic­twa zebra­nego na prze­strzeni eonów i poda­ro­wa­nego aktu­al­nie żyją­cym spadkobiercom.

Przyszłość  wze­szła, w końcu, i dopa­dła sztukę: skon­ster­no­waną, na wpół roze­braną, leżącą niemo w tanim mote­lo­wym pokoju, gdzieś pośród gęst­nie­ją­cego lasu obla­nego lepką mgłą poranka. Nie dzi­wota zatem, że tak ulo­ko­waną trudno jest odna­leźć. Ale Plik, rycerz o wielu twa­rzach, potra­fił wytro­pić ją pośród powy­krę­ca­nych ście­żyn pro­wa­dzą­cych na manowce bez­kre­snych ste­pów. Pożera ją łap­czy­wie każ­dego dnia, kicha­jąc potem gromko pło­mien­nymi iskrami wzla­tu­ją­cymi w prze­stwór, wedle wska­zań róży wia­trów, a „od śmie­chu dusza tyje i dostaje silne grube łydy”.

A’la maNi­fest Self-publishingu. I. Mitologia i Apoteoza Pliku, 10.0 out of 10 based on 1 rating

15 października 2011, Beezar.pl W kategorii: Self-publishing

7 odpowiedzi dla “A’la maNifest Self-publishingu. I. Mitologia i Apoteoza Pliku”

  • Odys pisze:

    Dobry tekst, powie­działby że jest bizarre.:) Nie wiem czy dzi­siejsi self-publisherzy się poła­pia — old­scho­olowe sym­bole. W szko­łach mogą już tego nie uczyć :)

    VA:F [1.9.11_1134]
    Rating: 5.0/5 (1 vote cast)
  • Beezar.pl pisze:

    Miejmy zatem nadzieję, że pol­ski self-publisher — przy­szłość naszej lite­ra­tury — sta­wia rów­nież na samo­roz­wój, nie tylko na szkołę :)

    VN:F [1.9.11_1134]
    Rating: 5.0/5 (1 vote cast)
  • barka pisze:

    Lucyvol, cie­kawe połą­cze­nie :) potrzeba szczypty łaciny znać aby złapać:)

    VA:F [1.9.11_1134]
    Rating: 5.0/5 (1 vote cast)
  • Beezar.pl pisze:

    Miejmy nadzieję, że łacina leży w kręgu samo­roz­woju:)
    Choć połą­cze­nie jest dość “luźne” — zale­cam dystans w przyj­mo­wa­niu poten­cjal­nych nowych zasada łaciń­skiego sło­wo­twór­stwa. Motyw uśmie­chu jest tu najważniejszy.

    VN:F [1.9.11_1134]
    Rating: 5.0/5 (1 vote cast)
  • turecky pisze:

    nie rozu­miem o co cho­dzi, ale jakby to zaśpie­wać to byłby dobry album do wydania :-)))

    VA:F [1.9.11_1134]
    Rating: 5.0/5 (1 vote cast)
  • Arti89 pisze:

    Manifest jest dzi­siaj nam szcze­gól­nie potrzebny, Uciemiężonym auto­rom, któ­rym nikt nie chce pomóc!

    VA:F [1.9.11_1134]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)
  • Beezar.pl pisze:

    Pomożemy! ;)

    VN:F [1.9.11_1134]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>